Zenit
1. Prolog
Stałam na łące. Naszej łące. Mojej i Jacoba. To miejsce pokazali mi rodzice. Tu przeżyli piękne chwile. Chwile, które nie dane mi było poznać.
Słońce grzało bardzo mocno. Moja porcelanowa skóra, delikatnie iskrzyła się. Na drugim końcu łąki, stał ktoś kogo kochałam. Jake… Na jego twarzy malował się serdeczny uśmiech. Nagle uśmiech zgasł. Usłyszeliśmy bieg wampira. Bynajmniej nikt z Cullenów. Takowy osobnik był coraz bliżej. Mój żołądek zamienił się w wielki supeł. Staliśmy tak nieruchomo prze jedną setną sekundy. Mój ukochany nie zdążył zamienić się w wilka.
N polanę wkroczył On. Kucał. Przygotowywał się do ataku. Skoczył na Jacoba. Jego zębiska zatopiły się w ciepłej skórze. Jake z hukiem upadł na ziemie.
Szybko podbiegłam do ukochanego. Już miał umierać, ale nadal spoglądał na mnie z taką miłością, z taką pasją. Jego serce biło niemiarowo.
Pocałował mnie z uczuciem i popatrzył prosto w oczy.
- Koch…am…Cię… - wyszeptał.
- Och, Jake! Ja Ciebie też! – głos mi drżał.
To był jego ostatni pocałunek. Ostatnie słowa. Ostatnie bicie serca. Zbladł. Umarł.
Zarejestrowałam potem, tylko nieliczne obrazy: twarz mojego taty, walczącego z tym kto mi zabił Jaka.

2. Nuda…
- Rennesme, wstawaj! – zawołał tata swoim miękkim głosem.
Pff…Dziś pierwszy dzień szkoły. Nie wiem nawet z kim będę chodziła do klasy, jaki jest plan lekcji, nauczyciele.
- Nessie!!! – Tym razem Edward krzyknął. Mam 17 lat, a traktują mnie jak dziecko. – Ness!!!
Wyszłam pewnym krokiem do saloniku. Było w nim tak pięknie. Babcia jest artystką!!!
- Kochanie – odezwała się Bella – pospiesz się. Idziemy teraz do Esme i Carlisla. Alice i Rosalie wydzwaniają co 5 minut. – powiedziała niemal błagalnym tonem.
Poszłam do pokoju. Włożyłam śliczną granatową bluzkę od mamy, ciemne dżinsy od Esme, na łóżko rzuciłam żółtą torbę od Rose i żółty płaszczyk od Alice. Czarną kredką podkreśliłam moje czekoladowego koloru oczy, złoty cień i już wyglądałam bosko. Ale mnie pycha ogarnia, pomyślałam. Moje małe zboczenie zawodowe.
Ubrana i pomalowana wyszłam ze swojego pokoju. Tata wytrzeszczył oczy, a mama uśmiechnęła się.
- Jestem gotowa – zameldowałam z uśmiechem.
Srebrnym volvo taty pojechaliśmy do dziadków. Samochód zaparkowaliśmy między innymi lśniącymi pojazdami. Rodzice poszli z auta prosto do domu, nie wychodząc na pole.
Wyszłam z garażu na świeże powietrze. Pogoda była taka jaka zwykle jest w Fors. Cieszyłam się, że tu wróciliśmy. Przeprowadzaliśmy się dość często. Te same domy. Mój i rodziców – jak z bajki, w lasku, reszty – wielka willa.
Jacob stał niedbale, oparty o drewniany słup werandy. Uśmiechał się promiennie.
Aż z promiennie.
Pocałował mnie na powitanie. Nie był to bynajmniej zwykły, przelotny całus, jakiego się spodziewałam, tylko namiętny. Ogarnęła mnie potrzeba znalezienia się jak najbliżej mojego ukochanego.
- Coś się stało? – zapytałam jak gdyby nigdy nic – Jakiś wesoły jesteś. Powiesz mi co za dowcip Cię rozbawił?
Musną moje wargi swoimi.
- Rose – tak się cieszyłam, że żyli już od dobrych 14 lat w zgodzie – i Alice założyły się z Emmettem i Jazperem o… - Ugryzł się w język - Dowiesz się później.
Nie chciałam być niecierpliwa, ale z oczu biła mi ciekawość. Jake musiał to zauważyć bo uśmiechną się, westchną i powiedział pod nosem, mniej więcej coś takiego jak: „Moja niecierpliwa Nessie”.
Weszłam do salonu, gdzie siedzieliśmy parami. Ja i mój Jacob, Bella i Edward oraz Esme i Carlisle. Nie było tylko Alice, Rose, Emma i Jazza. Hm… Nasunęło mi się pytanie.
- Nie chciałeś mi powiedzieć przed chwilą jaki to zakład, bo chodzi w nim o mnie? –zwróciłam się do Jacoba, który czule obejmował mnie ramieniem.
Na twarzy Jaka pojawił się grymas. Odetchną z ulgą, gdy do pokoju weszła Alice, swym tanecznym krokiem.
- Alice? Co za zakład? – zapytałam.
- Tylko się nie wściekaj! Dobra mała? – Na słowa „mała” wykrzywiłam twarz. – Dla mnie zawsze będziesz mała. –zaświergotała.
Patrzyłam na nią wyczekująco. Dała za wygraną.
- Okay. Powiem Ci dopiero po szkole.
- No dobrze… – odpowiedziałam niepewnie.
Carlisle włączył się do rozmowy:
- Ach, te wasze zakłady… Nie wiem czy to taki wspaniały pomysł…Alice, zawołaj resztę.
Alice pośpiesznie pobiegła na górę, z gracją baletnicy. Za dokładnie 2 sekundy wszyscy wstawili się w salonie, prawie na baczność.
- Słuchajcie, Renessme, Jacob i Emmet będą chodzić do klasy 1a. Edward i Bella do klasy1b. – Wszyscy popatrzyli za niego, zbici z patanku. - Bella ma co prawda 18 lat, a Edward 17, ale nikt nie zauważy. Alice, Rose i Jazper – 1c. Zrozumiano? Plany godzin klasami macie takie same – Esme popatrzyła z przyganą na Emmeta – dzięki Emmettowi.
Edward zaśmiał się. No tak, przekupił dyrektora pewnie.
Nie Rennesme, nie przekupił dyrektora, powiedział mi telepatycznie tata. Ja i on mogliśmy się tak porozumiewać. Ja czytałam i przekazywałam myśli (potrafiłam to już robić, nie dotykając ręką w policzek), do wszystkich. Edward czytał w myślach, ale myśli przekazywał tylko mnie.
To co on takiego zrobił?, spytałam zdezorientowana.
Pewna nauczycielka się nim zadłużyła , przerwał aby parsknąć śmiechem. Wszystkie oczy w pokoju spoczęły na tacie. Ot poprosił ją, o to, by rodzina Cullenów, miała klasami ten sam podział godzin.
Weszłam do garażu, razem z moim ukochanym. Wsiedliśmy do mojego porshe boxter, o lśniącym, czarnym lakierze. W drodze do szkoły rozmawialiśmy moich urodzinach.
- Ness, zbliżają się Twoje urodziny. Wiesz, że Alice zrobi taką imprezę, że szok. – Zagwizdał z podziwu. – No, no 18 lat…
- Pompa? Dziś poniedziałek, w takim razie impreza w niedziele. 7 września.
Popatrzył na mnie zdziwiony.
- Masz urodziny 6 września.
Pokręciłam przecząco głową, niczym małe dziecko. Jacob uśmiechną się tak serdecznie…Dech mi w piersiach zaparło. Musiałam wziąć się w garść.
- 6 wrzesień spędzę tylko z Tobą – powiedziałam.
Mój nastrój udzielił mu się od razu. Może już wcześniej w ni był? Pocałował mnie namiętnie swoimi ciepłymi wargami. Czułam jego ciepły oddech. Jego miękkie usta wpijały się łapczywie w moje, z nieznaną mi gwałtownością.
Do szyby zapukał… ktoś. Obróciłam się szybko do pukającego. To był tata.
- Może byście przestali? – zapytał z irytacją w głosie – 5 minut do dzwonka. Jeszcze plany lekcji. Szybciej!!! Muszę z Wami porozmawiać - Ostatnie zdanie wypowiedział nieco ciszej.
Wysiedliśmy z auta. Szybkim krokiem kierowaliśmy się do sekretariatu. Odebraliśmy plany lekcji i pognaliśmy do odpowiedniej sali na „rozpoczęcie roku”.
Pierwszy wszedł Edward z Bellą, potem ja i Jacob, Rose i Emm, a na końcu Alice i Jazper. Wszyscy patrzyli na nas. Niektórym wyrwało się „Och”. Szła grupa pięknych młodych osób, czyli my. Usiedliśmy z boku, tak, że wszyscy bez przeszkód się mogli gapić.
Krępowało to mamę. Zasłoniła twarz długimi włosami. Rosalie o mało nie pękła z dumy, jak to wszyscy chłopcy się na jej widok ślinią. Dyrektor dalej mówił, ale nikt go nie słuchał.
Nagle tata mocno chwycił mnie za rękę.
Co? ,przesłałam w myślach.
Zajrzyj temu tu do myśli., wskazał brodom jakiegoś chłopaka, który intensywnie gapił się raz na mnie a raz na mamę.
O matko!!!, spuściłam nieco z tonu, Mama Cię kocha, a ja kocham Jaka, więc nie masz się o martwić.
No właśnie widziałem w samochodzie, tata zagrzmiał niczym burza.
Rozeszliśmy się do klas. Emm szedł przodem, ja za nim, a na końcu Jake. Kiedy Emmet wszedł do klasy, oczy nauczycielki zrobiły się maślane. Wiedziałam już, że ją właśnie rozkochał. Tylko co na to Rose? Wydaje się być spokojna.
Zajrzałam nauczycielce do myśli. Omal nie pękłam ze śmiechu.
- Co za żart Cię rozbawił panno Cullen? – spytała retorycznie. Takie rzeczy myśli o Emmettcie, a tu nagle taka oschła. – Dobrze, a więc nazywam się Melanie Steward. Miło Was poznać. – powiedziała to jak jakąś regułkę, którą mówi codziennie. Ten „babsztyl” coraz bardziej mnie wkurzał. Kiedy znów przejrzałam jej myśli, miałam zamknięte oczy, aby się lepiej skoncentrować. Nagle zobaczyłam jej bladą twarz przed nosem. Miałam już wrzasnąć, ale się opanowałam.
- Słyszałaś? Opowiedz nam coś o sobie – rzuciła chłodno. Stwierdziłam, że będę ją nazywać „Królowa śniegu”. Ale głupoty się mnie trzymają, pomyślała. Wstałam machinalnie z krzesła, zamieniając się w posąg.
- Nazywam się Rennesme Cullen. Przeprowadziłam się do Fors niedawno. Lubię biologie, przyrodę, angielski, literaturę. Lubię też czytać książki, śpiewać i biegać.
Przyjrzała się Jacobowi, który siedział ze mną w ławce. Kazała mu powiedzieć coś o sobie. Potem to samo zalecenie dała Emmettowi. Różnica była tylko taka, że do niego robiła słodkie oczka i była miła.
Następnie opowiedzieli o sobie reszta klasy. Mark, Sebastian, Hannah, Eliot, Frank, John, Lizzy, Kim, Sofie, Caroline, Pitter, Martin, Samanta, Carlos, Suzzana, Ken, Jack. Wow!!! Szybko zapamiętałam.
Zaczął się nudny wykład na temat tego, jak mamy zachowywać się szkole. „Królowa śniegu”, raz po raz spoglądała na Emmetta, mimowolnie się uśmiechając. W tych momentach ja i Jacob, tłumiliśmy napady śmiechu.
Kiedy nauczycielka pomyślała coś naprawdę…to nie opanowałam się i dałam za wygraną. Po klasie rozbiegł mój dźwięczny śmiech. Chłopcy spojrzeli nieśmiało do tyłu, delikatnie się uśmiechając. Jacob warknął. Na tyle cicho, aby oprócz mnie i Emma, nikt nie usłyszał. Ścisnęłam go za rękę pod ławką. Tym dałam mu do zrozumienia, żeby się uspokoił i dodałam mu otuchy.
- Okay, co tym razem Cullen? – spytała Melanie.
- Przepraszam w jej imieniu – zamruczał słodko Emmett. To powaliło panią Steward. Patrzyła się na Emma jak ciele na malowane wrota, trzymając się za pierścionek, co nie uszło Jakowi. Od razu napiął mięśnie i zesztywniał. Tą scenę przerwał dzwonek na przerwie.
Wyszliśmy z klasy w pośpiechu. Jacob myślał nad czymś intensywnie. Nie chcąc mu przerywać, cicho stąpałam obok niego. Gdyby nie to, że pomiędzy nami kołysały się nasze splecione dłonie, pomyślałabym, że go nie ma. Rzadko był aż tak zajęty rozmyślaniem. Kusiło mnie aby zajrzeć mu do myśli, ale wolałam nie czytać moim bliskim w myślach – to ich prywatność.
Weszliśmy do stołówki. Była bardzo duża. Pełna wielu osób, których nie znałam. Moja rodzina usiadła przy innym stoliku. Kiedy mama była człowiekiem, tam zawsze siedzieli Cullenowie. Teraz ona też tam siedziała. Wpatrywała się w inny stolik z utęsknieniem, niemal wzruszona.
Tato? Dlaczego mama tak patrzy na ten stolik?, spytałam.
To tam siedziała jej paczka przyjaciół znajomych i ona, kiedy jeszcze…trzymałem się od niej z daleka, bojąc się, że…coś się stanie, jeżeli…się bliżej poznamy…, mama wbiła wzrok w inny stolik. Już chciałam spytać, dlaczego patrzy teraz na inny stolik, ale tata przeczytał mi myślach zaciekawienie. To tam ja i mama siadaliśmy sami. Kiedy jeszcze nie wiedziała, czym jestem. Ten sam stolik zajmowaliśmy później, jak już wiedziała.
Usiadłam z Jacobem przy okrągłym stoliku, ponieważ staliśmy w wejściu jak idioci. Jacobowi wydawało się wcale nie przeszkadzać.
- Jake? Wszystko w porządku? Jesteś jakiś nieprzytomny… - powiedziałam zmartwiona.
Widząc moje zmartwienie zmusił się do uśmiechu.
- Jeżeli tak się zachowujesz, bo wszyscy chłopcy się zachowują, tak jak się zachowują, to nie zachowuj się tak, jak się zachowujesz – powiedziałam bardzo szybko. – Jesteś jedyny. Tylko Ciebie kocham, tylko z Tobą chcę być.
To wyznanie, pomogło mu od razu. Rozpromienił się, a na jego twarzy zagościł uśmiech. Po prostu był zazdrosny.
Reszta lekcji (na których nie robiliśmy nic, oprócz tego: jakie podręczniki trzeba zakupić i jak trzeba zachowywać się na danych lekcjach) minęła szybko.
Wyszłam z Jacobem na szkolny parking. Rose ze swojego czerwonego kabrioletu zatrąbiła. Podeszliśmy do niej.
- To jak? Dzisiaj zakupy? – spytała, jakby napawała się jakimś sukcesem.
- Jasne – powiedziałam, także podniecona tym wypadem – A Alice idzie?
- Przecież wiesz, że ten „Chochlik”, słowo „ZAKUPY” słyszy dwie mile stąd.
Obróciłam się na pięcie, pociągając za sobą Jacoba.
Wsiedliśmy do mojego samochodu. Jacob i ja byliśmy nareszcie sami.
- No, o co się założyli? – rzuciłam ostro.
- Alice Ci powie. – odrzekł ze spokojem. Nie miałam szans, dowiedzieć się potrzebnych informacji od Jacoba. Tata nie wiedział, jak mi wcześniej powiedział, trzymają się na baczności przy nim. Musiałam uzbroić się w cierpliwość.
Zaparkowałam w garażu. Wysiadłam z auta z naburmuszoną miną.
- A co to za mina? – Zapytał uwodzicielsko Jacob.
Znów mnie pocałował. Całował mnie z takim zapamiętaniem, oddaniem, pasją… Nietrudno było oprzeć się jego ciepłym wargom. Delikatnie, ale na serio. Kiedy oderwaliśmy się od siebie, pozwoliłam sobie przejechać ostrożnie językiem po jego wargach. Położył mnie na masce mojego auta, kładąc się na mnie i namiętnie mnie całując.
Tą piękną chwilę skutecznie zakończył Edward. Bella wybiegła za nim.
- Edwardzie, daj im spokój. – Wskazała na nas ręką - A czy my pilnowaliśmy się na każdym kroku?
- Nie przypominam sobie, abyśmy się kochali w garażu. – Jacob postawił mnie na ziemi, w bardziej przyzwoitej pozie. – Może na łące czy podłodze – powiedział to gdy zobaczył minę mamy.
- Musimy się z tym pogodzić, że prędzej czy później do tego dojdzie. – Aby rozładować sytuację mama, objęła tatę za szyje i zaczęła całować. W takim nastroju w jakim była Bella, stał się Edward.
Uciekliśmy pospiesznie z moim ukochanym, wiedząc, że coś zajdzie między moimi rodzicami. W garażu!!! Tata mówi jedno, a robi drugie.
Weszliśmy do salonu, gdzie siedzieli wszyscy oprócz Jazpera, Emmetta i Alice.
Stwierdziłam, że spytam Rose o ten zakład, o którym już prawie zapomniałam. Cóż, byłam trochę zajęta…
- Rozalie? Jaki zakład?- spytałam z miną niewiniątka.
- Możesz już jej powiedzieć – odezwała się wesoło Alice, z drugiego piętra.
Rose zaśmiała się i zaczęła mówić:
- Ness, ja i Alice, założyłyśmy się z Jasrerem i Emmettem, o to czy kiedy Jacob zacznie Cię całować, będzie się zamierzało (gdyby nie Edward) na coś więcej. Znaczy Edward wiedział o zakładzie tylko tyle, że istnieje, ale sama rozumiesz, gdy tylko usłyszał, że się całujecie, to od razu pobiegł zapobiec…no wiesz… - spojrzała gdzieś w bok i próbowała nie wybuchnąć śmiechem.
- Czyli Jake też był w to wciągnięty? – spytałam sprytnie.
- Nie, ale kiedy powiedzieli, że mam Cię pocałować, to wiesz, trudno się było nie oprzeć… - wtrącił się mój ukochany.
- Ale zaraz kto był za czym? Kto wygrał? – spytałam zdezorientowana.
Rozalie nie ukrywała swojego rozbawienia. Carlisle i Esme trzymali się z daleka. Udawali, że nic nie słyszą. Na pewno „dostało się” tym hazardzistom od ich przyszywanych rodziców.
- Ja i Alice, stwierdziłyśmy, że się będzie zamierzało. Emm i Jazz, że się powstrzymasz. – Już nie tłumiła wesołości. Salon wypełnił jej anielski śmiech.
Od godziny 4:00 do 7:00 spędziliśmy nudno. Odrabialiśmy lekcję.
Rodzice wrócili z lasu (z garażu przenieśli się na leśną polankę). Alice, Emmett i Jazz wciąż robili coś na górze. Co 5 minut się wykłócali.
O 7:04 (sprawdzałam, która jest godzina, bo mieliśmy jechać na zakupy do Port Angeles o dokładnie 7:10, a na miejscu mieliśmy być o 7:30) na dół, po schodach, zbiegła Alice.
- A oto idą przegrani!!! – Zaklaskała w ręce i popatrzyła na schody.
Pierwszy szedł Emm, za nim Jasper. Byli ubrani w obcisłe, skórzane rurki. Podkoszulki na szelkach – różowe, z napisem „I’ m sexy vampire boy”.
Tata, Jacob i Rozalie śmiali się tak, że dom trząsł się aż po fundamenty. Ja, mama, dziadek i babcia byliśmy zaskoczeni. Uświadomiłam sobie, że mam otwartą buzię. Zapomniałam co trzeba zrobić, żeby ją zamknąć. Alice uśmiechała się serdecznie, zadowolona z siebie. Emm i Jazz? Nie trzeba mówić jakie oni mieli miny: złe, naburmuszone, obrażone, wściekłe, wrogie itp.
- Możemy jechać na zakupy. Chłopcy pojadą w takich strojach. Teraz dużo chłopaków się za nimi oglądnie… - Wszyscy popadli ofierze śmiechu.
- Bardzo śmieszne. – powiedział naburmuszony Emmett.
- Też tak uważasz? – spytała pomiędzy wybuchami śmiechu Rozalie.
Wsiedliśmy do samochodów. Jechaliśmy parami. Esme i Carlisle wzięli dżipa Emmetta. Ja i Jake – moje porshe. Rose i Emm – audi Rosalie. Bella i Edward – volvo taty. Alice i Jasper wzięli żółte porshe Alice.
Wyruszyliśmy na zakupy. Chodziliśmy po całym mieście szukając „odpowiednio drogich” sklepów. Zaliczyliśmy sklepy z butami, ciuchami, dodatkami, kosmetykami (Wszyscy wybierali mi. Tylko ja mogę się pomalować, a Rose, w żartach mi zazdrości). Teraz została tylko biżuteria i perfumerie. Rozłączyliśmy się. Ja sama poszłam do sklepu z tą biżuterią . Chciałam, żeby poszedł ze mną Jake, ale tata wziął go na rozmowę. Postanowiłam, że nie będę się przejmować.
Pewnym krokiem weszłam do „Daimonts”. Od razu przybiegły do mnie panie, które tam obsługiwały.
- Dzień dobry. W czymś pomóc? – zawołała jedna.
- Dla kogo pani szuka biżuterii ? A może dla siebie? – zapytała druga.
- A na jaką to okazję? – spytała trzecia.
- Sama sobie poradzę – rzuciłam sympatycznym tonem.
Zaczęłam oglądać róże błyskotki. Dla mamy wybrałam subtelną bransoletkę, dla Alice oryginalny wisior (w sam raz będzie do niej pasował), dla Rozalie brylantowy pierścień, a dla Esme srebrny wisiorek z malutką zawieszką „E”. Dla siebie kupiłam złote kolczyki. Nic więcej. Miałam już tyle rzeczy, że mogłam zacząć się zastanawiać, gdzie je upchnąć.
Kiedy płaciłam, ekspedientki patrzyły na mnie jakbym była nienormalna. No cóż, trochę kasy poszło…
Zadzwoniłam do Jazza. On był najbardziej zrównoważony na zakupach. Dziewczyny - szkoda gadać. Rodzice i dziadkowie – nawzajem wybierali sobie różne rzeczy (nawet Bella już lubiła zakupy, ale nieporównywalnie mniej od Rose i Alice).
- Halo? – Jazper odebrał po dwóch sygnałach.
- Hej! Gdzie jesteście? – spytałam, patrząc na wystawy sklepów.
- Na końcu ulicy. W perfumerii. Dziewczyny wybierają jakieś pachnidełka. – rzucił.
- Kupiłam sobie takie śliczne kolczyki i taką super kieckę. Kolor taki… Ciężko powiedzieć, ale chyba wenec…
- Okey. No to pa. – przerwał mi brutalnie.
Weszłam do sklepu, gdzie była moja rodzina. 5 minut później przyszedł Jacob. Był nieco zmieszany moją osobą.
Kończyliśmy zakupy. Wszyscy byli zadowoleni. Dziewczyny – z ich nowych nabytków. Chłopaki – z końca ów wypadu.
Wróciliśmy do domu. Rozsiedliśmy się w salonie zmęczeni. Zmęczeni psychicznie. Nadeszła pora na prezenty. To zwyczaj kobiet w rodzinie Cullenów.
- Mam dla was prezenty!!! – Klasnęłam uradowana w dłonie. – Rose, to dla Ciebie, Alice to jest Twoje. Mamo? Proszę. – Wręczyłam Belli upominek. – Babciu, a to dla Ciebie.
Wszystkie odpakowały paczuszki i zaczęły się zachwycać. Szczerze. Ja swój od siebie też rozpakowałam.
Przyszła kolej na Bellę. Dała nam bez słowa torby z uśmiechem.
Dla mnie prześliczna czerwona sukienka. Dekolt w serek, krótki rękawek. Długość – przed kolano. Bawełniana, luźna. Po prostu idealna!!!
Dla Rosalie sukienka o kolorze fuksja. Dla Alice – czarna. Dla Esme – khaki. Dla siebie kupiła chabrową.
Przyszedł czad na Esme. Dała nam pudełka.
W środku cudne buty. Dla mnie złote szpileczki Zgrabne…Och, cudowne!!!
Dla mamy kupiła chabrowe balerinki. Dla Rose – różowe szpile. Dla Alice – czarne. Dla siebie – ciemno-zielone.
Czas na Rose. Dała nam torby.
Ja dostałam śliczną złotą kopertówkę. Taka dyskretna, w sam raz na wyjątkowy wieczór.
Dla Belli Rosalie kupiła chabrową kopertówkę. Dla Alice – czarną. Da Esme – ciemno-zieloną. Dla siebie – różową.
Przyszła pora na Alice i jej fantastyczne pomysły. Wręczyła nam z tajemniczą miną, paczuszki.
Dla mnie czarną bieliznę Francuzką!!! Ze złotymi obszyciami. Taką naprawdę…? Tata miał ochotę, urwać Alice głowę.
- Ale co się tak denerwujesz? – zapytała retorycznie moja ześwirowana ciotka. – Musi mieć jakiś uwodzicie…!!!
Tata się nie odezwał, tylko warkną ostrzegawczo, co dało Alice do zrozumienia, że ma zamilknąć. Siedział starając się nie patrzeć w moją stronę.

3. Przygorowania
Leżałam w łóżku, myśląc o stu rzeczach naraz. O tym, czy się z kimś zaprzyjaźnię, co ze mną i Jacobem, co z Rose i Emmettem, których dawno nie widziałam razem, o moich urodzinach… Zauważyłam, że kiedy o nich się mówi, lub zobaczy biżuterię Jake robi się spięty. Na początku wydawało mi się, że chce się oświadczyć (ja bym z tego powodu nie rozpaczała), ale Jake to nie ten typ mężczyzny. Ma już 33 lata, pora się ustatkować !!! Zmienia się regularnie w wilka, więc wygląda na 19 (wszystkim mówi, że ma 18). Nawet jak miał 16 lat wyglądał jakby miał, co najmniej, 18 lub 19.
Niedługo trwało moje zamyślenie. Szkoła, szkoła i jeszcze raz szkoła. Dziś piątek, więc jutro moje urodziny. Miałam je spędzić tylko z Jacobem. Mam nadzieję, że ja i on… Wstrzymywaliśmy się ze względu na tatę.
- Renesmee, wstawaj. – zawołała słodko mama.
- Już wstaję – odpowiedziałam.
Ubrałam się w jasne dżinsy i białą tunikę z jakimś rysunkiem. Włosy zostawiłam rozpuszczone. Dużo bransoletek, jakiś delikatny makijaż i było w miarę okay.
Mama siedziała na kanapie, gmerając w jakimś pudełku. Tą szkatułkę dostała ode mnie, z okazji dnia mamy.
Bella chowała w ów pudełku zdjęcia. Zdjęcia z okresu, w którym była człowiekiem, zdjęcia jej rodziców i znajomych i wiele, wiele innych.
- Gotowa! – zaapelowałam – A czego szukasz? – spytałam niby ot tak. Mama była smutna. Domyśliłam się, że ktoś ze zdjęcia, obchodzi dziś jakieś święto. Mama zawsze się tak zachowuje, kiedy jest ku temu okazja.
- Dziś Charlie obchodzi urodziny. – Tęsknie spojrzała na zdjęcie.
Kurczę, połowa naszej rodziny urodziła się we wrześniu… Dziś dziadek, jutro ja, trzynastego mama…
- Przykro mi. – wyznałam. – A gdzie jest tata?
Zawahała się z odpowiedzią.
- Tata… daje wskazówki Jacobowi, nie wiem na jaki temat. – Spuściła wzrok. Znów popatrzyła na mnie – To Cię nie przeraża?
- Nie – wzruszyłam ramionami – wyszło idealnie, taki zblazowany gest.
Tak naprawdę byłam na skraju wytrzymałości. Bałam się, że Edward zabroni tego i owego Jakowi i z moich planów… nici. Tata jest na tym punkcie przewrażliwiony.
- Masz szczęście! – wysunęła ręce zapraszająco. Przytuliła mnie i pocałowała w głowę. – Niczym się nie przejmujesz. Kiedyś, – zamknęła oczy rozmarzona. – kiedy mój tata rozmawiał z Edwardem, strasznie się bałam. Odkąd Twój ojciec mnie zostawił…
- Tata Cię zostawił? – ze zdenerwowania głos podskoczył mi o oktawę.
Jak to? Rodzice nie zawsze się kochali? Dlaczego tata mamę rzucił? Pokłócili się? Znalazł inną? A może to mama zrobiła coś złego?
Zanim namyśliłam się, które pytanie zadać pierwsze, mama dokończyła:
- …Charlie za nim nie przepadał… - jej anielską twarz wykrzywił grymas. – Tak, Edward mnie zostawił. Oczywiście potem znów byliśmy razem. A było to tak… - przybrała ton, kobiety opowiadającej, wzruszającą bajkę dla dziecka, a nie tragiczną .historię bólu. – Miałam sen. Stałam na łące - mojej i Edwarda - Naprzeciw mnie stała moja babcia, która już od kilku lat nie żyła. Nagle z lasu wyszedł Edward. Świecił się w słońcu, jak diament. Babcia wydawała się zmartwiona, a nie zaszokowana. Ja również się martwiłam. Martwiłam się bo mój ukochany ukazał się człowiekowi, a zasady wampirze znasz.
Pewnie, że znałam. Aż za dobrze. Volturi. Śmierć.
- Podszedł do mnie. Złapałam go za rękę. Babcia powtórzyła ten gest. Ni stąd, ni zowąd, wyciągnęłam rękę w jaj kierunku. Pod opuszkiem poczułam tylko, zimną taflę szyby. To było lustro. A moją babcią, byłam ja! Obudziłam się ciężko dysząc. Był 13 września, czyli moje urodziny. Moje 18 urodziny. Fizycznie byłam starsza od Edwarda o rok. Alice zrobiła dla mnie imprezę urodzinową. Skaleczyłam się papierem, w który był owinięty jeden z prezentów. Jasper… - umyślnie nie dokończyła – Nic mi się nie stało, bo reszta szybko go ubezwłasnowolniła. Od jakiegoś czasu Edward dziwnie się zachowywał. Wziął mnie na spacer do lasu. Powiedział mi, że się z rodziną przeprowadza i, że już mnie nie chce. Wpadłam w depresję. Edward zostawił we mnie krwawiącą ranę. Jacob pomógł mi ją zaszyć. Po tej operacji, u nas obojga pozostał ślad. A nie jestem pewna czy to szwy, które po pewnym czasie znikają... – zacytowała tatę.
Znałam wszystkie historię z życie moich rodziców, oprócz tej. Wiedziałam o Jamesie, Victori, Laurencie, wilkołakach, wojnie z nowonarodzonymi, o tym jak to było kiedy mama zaszła w ciąże, a resztę pamiętałam.
- Okazało się, że Jacob jest wilkołakiem. Pewnego wieczoru przyjechała Alice. Powiedziała, ze Edward chce się zabić, bo myśli, że ja się zabiłam. No, to wszystko. Resztę znasz. Wiem, wiem, myślałaś, że tata był gdzieś daleko na polowaniu, tam się dowiedział i pojechał do…Vol…Włoch.
Dopiero po minucie zdałam sobie sprawę, że mam otwarte usta. Zamknęłam je pospiesznie.
- Przykro mi – na tyle było mnie stać…
W drzwiach stanęli Jacob i tata.
- Do szkoły! – wykrzyknęłam bez entuzjazmu.
Wsiadłam z Jacobem do mojego auta. Wyjechaliśmy na drogę.
- O czym rozmawiałeś z tatą?
Zawahał się nad odpowiedzią.
- O Twoich urodzinach i o…no wiesz: „Ona jest młoda, jeszcze nie czas na takie rzeczy”. – Idealnie naśladował mojego tatę, co by mnie rozbawiło, gdyby nie te przerażające słowa, które posypały się z ust Edwarda.
Zamurowało mnie.
- I co? – wykrztusiłam.
- Czy nam można? Można. Edward upierał się, że po ślubie, ale pozostałem nieugięty – oświadczył z dumą.
Po ślubie? Jacobowi nie było spieszno. Ja to co innego…
- To dobrze. Proszę, powiedz co łączyło Cię Bellą, kiedy Edward ją rzucił?
Wydawał być się zaskoczony. Chyba nie miał ochoty mi tego powiedzieć. Wiedziałam, że przeszli razem trudne chwile. Może tak trudne, że mama zwątpiła w swoją miłość do taty. Dla mnie zawsze byli przykładem miłości. Są ode mnie młodsi. Fizycznie. Właściwie to jestem starsza od taty tylko o rok. O rok! Moi rodzice to nastolatki!
- Długo by opowiadać… - jego śniadą twarz wykrzywił grymas bólu.
- Chodzi mi tylko o to, czy poza przyjaźnią, łączyło Was coś więcej? – Żałowałam, że nie ugryzłam się w język. Po cholerę byłam taka szczera…
- Więc, - Spodobało mu się chyba, że okazałam iskierkę zazdrości. – Całowaliśmy się… Inaczej: raz prawie. Zadzwonił telefon. Potem ją pocałowałem, ale na siłę. – Zaśmiał się. Ja wolałam nie zdradzać się, jak to jestem piekielnie zazdrosna. – Dała mi w twarz, ale złamała sobie przy tym rękę. Za trzecim razem, sama tego chciała. Zorientowała się, że jest we mnie zakochana. Nie będę Ci mówić jak do tego doszło. – Widząc moją nieufna minę, zaraz się usprawiedliwił. – Szkoda czasu na gadanie.
Nie wiedziałam jak zareagować. Sama nie wiedziałam jakie uczucia mną zrządzą. W końcu postawiłam, na rozbawienie.
- Ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha!!! – Wybuchnełam śmiechem. – I pomyśleć, że moja mama była zakochana w moim chłopaku! Z wzajemnością! Całowali się!
Mój ukochany uznał to za dobry znak i uśmiechną się. Wolałam się już nie odzywać. Tym bardziej, że Jacob zamyślił się. Ostatnio często się to zdarzało…
Gdy dojechaliśmy do szkoły, Jacob nadal był nieobecny. Wysiadłam z auta i ruszyłam do wejścia. Sama. Po 30 sekundach mój ukochany podążył za mną, niewzruszony całą sytuacją.
Mieliśmy teraz lekcję z panią Steward (nauczycielką historii i naszą wychowawczynią), więc wiedziałam z góry, że będzie nudno… Edward i Carlisle niby zaradzili mi, żebym nie czytała Steward w myślach. Hm…czyli zdążyła już powiedzieć mojemu „ojcu Carlisle’ owi” o moich napadach śmiechu…
Usiadłam na swoim miejscu w pracowni historycznej. Jacob usiadł koło mnie. Nadal zamyślony.
Do Sali weszła pani Steward.
- Dzień dobry!!! – wykrzyknęła radośnie, co było do niej niepodobne. – Mam dla Was niespodziankę!!!
Oparła się o biurko i nic nie mówiąc, kołysała się rytmicznie z uśmiechem na ustach.
Ktoś zapukał.
- O! – zawołała. – Proszę wejść.
Do Sali weszła dziewczyna o długich, kręconych, złotych włosach. Miała duże i niebieskie oczy. Była bardzo szczupła. Miała jasną karnację, podłużną twarz, na którą spływała cienka, poszarpana grzywka.
Przeszła po sali wzrokiem. Na mnie popatrzyła dużej. Uśmiechnęłyśmy się do siebie.
- Witamy w naszej klasie Julio. To nasza nowa uczennica. Powiedz nam coś o sobie.
Jeszcze raz na mnie popatrzyła. Uśmiechnęłam się, aby dodać jej otuchy.
- Nazywam się Julia Feel. Przyjechałam tu z Nowego Jorku. Lubię śpiewać, gra…- nie dokończyła bo przerwała jej pani Steward.
- O! Lubisz śpiewać? Renesmee też lubi śpiewać. Mów dalej…
Nie wiedziała kto to jest Renesmee. Znów przeszyła klasę wzrokiem.
- Lubię grać na wiolonczeli. Lubię biologie, przyrodę, angielski i literaturę. Uwielbiam czytać książki i szybko biegam.
Hm… To zupełnie tak jak ja…
- O! To zupełnie jak Renesmee, tylko ona nie gra na wiolonczeli – powiedziała energicznie Steward. – To wszystko? – Julia przytaknęła. – Klaso, teraz wy się przedstawcie. Tylko szybko: nazywam się Melanie Steward i jestem nauczycielką.
- Nazywam się Hannah Cooks i uwielbiam konie – powiedziała dziewczyna o rudych włosach.
-Jestem Eliot White i lubię naturę.
- Ja jestem Mark Sarky i lubię szybkie auta.
- Jestem Sebastian Marty i też lubię szybkie auta.
Czyli mamy już dwie hipiski i dwóch „rajderów”.
- Jestem Emmett Cullen i lubię baseball.
Emm siedzi sam ale chyba usiądzie z nim Julia…
- Jestem Frank Miunis i lubię rap i hip - hop.
- Jestem John Craky i lubię rap.
- Nazywam się Lizzy McGuare i lubię sztuki walki.
- Ja jestem Kim McGuare i lubię akrobatykę.
- Jestem Sofy Minore i lubię tańczyć.
- Jestem Caroline Snow i lubię pływać.
- Jestem Pitter Clark i lubię komputery.
- Jestem Martin Rain i lubię to samo co Pitter.
- Jestem Samanta Spelman i lubię modę.
- Jestem Suzzana Smeth i lubię malować ludzi. Siebie nie…
- Jestem Carlos Limp i lubię podrywać.
Julia zrobiła dziwną minę. Ja też. Popatrzyłyśmy na siebie. Obie wybuchnęłyśmy śmiechem, co zbiło trochę z tropu Steward.
- Jestem Ken Limp i lubię… siebie…
Przyszła kolej na Jacoba.
- Nazywam się Jacob Black i lubię…naprawiać samochody.
Moja kolej.
- Jestem Renesmee i lubię dokładnie to co Ty. Nie gram tylko na wiolonczeli.
Znów wybuchnęłyśmy śmiechem.
- Dobrze. Julio usiądź koło Emmetta. Przejdźmy do lekcji. Otwórzcie podręczniki na stronie 64 i …
Steward zaczęła swój nudny wykład.
Ja i Julia jeszcze raz się do siebie uśmiechnęłyśmy.
Jacob wyrwał z zeszytu kartkę i zaczął pisać. Do chwili podłożył mi ją.
Było na niej napisane:
Sorty Nessie za to, że jestem taki nieobecny. Jutro dowiesz się dlaczego. Ale jeszcze dziś spróbuje Ci to troszkę wynagrodzić. Twoi rodzice wybierają się dziś do Kanady na polowanie. Wracają dopiero jutro, więc…
Widzę, że chciałabyś zaprzyjaźnić się z Julią Feel – jak dobrze mnie znał-. Ness, ona jest człowiekiem. Wiem, że się kontrolujesz i nic jej nie zrobisz, ale ona mogłaby się domyślić, że twoja rodzina to wampiry, twoi rodzice to tak naprawdę Bella i Edward, ty jesteś pół-wampirem, ja jestem wilkołakiem, cechy wampirze, picie krwi ludzkiej lub zwierzęcej…
Szybko wyjęłam długopis i zaczęłam pisać odpowiedź.
Nie mogę się doczekać.
Wiem. Gdyby nawet się domyśliła i nie uciekła, to co z tego. Ok, Volturi. Ee, jakoś to ukryjemy. Ja sama jej niczego nie powiem. A z resztą… skąd wiesz, czy okaże się fajna czy nie.
Treść napisałam zawile ale Jacob się domyślił. Uśmiechną się tylko.
Zadzwonił dzwonek na przerwę. Podeszłam do Julii.
- Cześć Julia.
- Cześć Renesmee. Masz piękne imię. Skąd takie?
- Dzięki. Moja mama wymyśliła. – Ups. Przecież wszyscy myślą, że moja mama nie żyje. Zastępuje mi ją Esme. - Och to połączenie dwóch imion Rene i Esme. Dwie najbliższe osoby dla mojej prawdziwej mamy. Ale ona umarła. I teraz zajmuje się mną Esme.
- Och. – Odkaszlnęła. – Przykro mi…
Uśmiechnęłam się potulnie. Czułam na plecach wzrok Jacoba.
- Nie ma za co. Zupełnie… - Przerwałam bo Julia opuściła wzrok w dół.
- Wybacz za szczerość, ale… ty chodzisz z… Jacobem?
Nie za bardzo wiedziałam co odpowiedzieć. Czyżby Jake się jaj podobał? Na tą myśl spięłam wszystkie mięśnie. Popatrzyłam na mojego lubego. Tylko uśmiechał się łobuzersko. Znów spojrzałam na Julie.
- Ehm. Tak. Czy coś z tym nie tak?
- Nie. – Uśmiechnęła się szczerze. – Tylko… Mogłybyśmy pogadać w cztery oczy?
Spojrzałam na nią podejrzliwie.
- Idź. – Powiedział mi Jacob, ale tak cicho, żebym tylko ja to usłyszała.
-Jasne.
Obróciła się na pięcie. I ruszyła ku drzwiom toalety damskiej.
Kiedy znalazłyśmy się przy toaletowych lustrach, Julia westchnęła cicho.
- Nie wiem jak to powiedzieć. Kurczę. Czy wiesz że Jacob kręci z jakąś Bellą? To nie wszystko! Alice, Rosalie…
Zaśmiałam się melodyjnie.
- To moje siostry!!! Znaczy nie jestem z nimi spokrewniona. – Chociaż podobieństwo biło po oczach…- Esme i Carlisle Cullen zaadoptowali nas wszystkich. Nikt nie jest w naszej rodzinie spokrewniony, oprócz mnie i Edwarda. To mój brat. Bella jest z Edwardem. Rosalie chodzi z Emmettem. Alice z Jasperem. Jacob to najlepszy przyjaciel mojej siostry Belli. To dzięki niej poznałam Jacoba.
- Przepraszam. Nie wiedziałam. Nie gniewasz się? – spytała z nadzieją w głosie.
- No coś ty. Co robisz w niedziele?
Julia wyszczerzyła zęby w triumfalnym uśmiech.
- Nic.
- No to zapraszam Cię na moją imprezę urodzinową. Robię w domu. Alice jest mistrzynią jeśli chodzi o jakiekolwiek przyjęcia.
- Surer! A gdzie jest Twój dom?
O tym nie pomyślałam. Dom. Pełen wampirów. Wilkołaków.
- Ja po Ciebie przyjadę. Bardzo ciężko trafić tam gdzie mieszkam.
- Ok. Wiesz gdzie jest sklep sportowy? Mieszkam za nim. Umówmy się na tym dużym parkingu.
- Dobra. Tylko te urodziny to jeszcze nic pewnego…
- Acha.
Wyszłyśmy z toalety. Jacob i reszta Cullenów. Czekała naprzeciwko drzwi.
- No to pa! – pożegnała się Julia i pognała do stołówki.
Nic nie powiedziałam. Wzięłam Jaka za rękę i również ruszyłam „coś zjeść”. Reszta powlokła się za nami.
Usiadłam przy stoliku. Jacob poszedł po coś do jedzenia. Wrócił z pełną tacą i zabrał się do pałaszowania. Wreszcie spojrzał mi prosto w oczy z powagą.
- Nessie… Musimy porozmawiać o jutrzejszym dniu.
Zamurowało mnie.
- Ty masz miesiączki, jak normalna kobieta. Ja... też mogę mieć dzieci.
Dalej patrzyłam na niego zszokowana.
- Co do jutrzejszego dnia… Edward powiedział mi… czego chcesz… - Ważył słowa i ciągle się wahał. – Skoro oboje możemy mieć dzieci to…
- Chodzi Ci o antykoncepcje? – wykrztusiłam po minucie.
- Taa. Edzio wykładał mi to przez bitą godzinę.
- Małe pytanko. A gdzie świętujemy urodziny?
Przeniósł wzrok na ręce, które trzymała na kolanach. Kolejny sekret?
Wreszcie otrząsnęłam się na tyle by móc normalnie myśleć.
- Widzisz, Esme odrestaurowała mi dom…
Jak to? Przecież Jacob ma swój dom, nie więcej niż kilometr od mojego, w którym mieszkam z rodzicami, pomyślałam. O co chodzi ?
- Mój dom jest mały, a Esme go rozbudowała. – Rzadko widywałam go niepewnego. – Eee, yyy…
- No powiedz to wreszcie!
Prawie krzyknęłam. Tak bardzo podobał mi się dom Jaka. Był mały. Mieściła się w nim tylko sypialnia, kuchnia i łazienka. Miałam słabość do „Quellickich domków”. Także jego dom w La Push był cudowny… Billy mnie ubóstwiał. Pozbył się wszelkich uprzedzeń, jeżeli chodzi o wampiry. Był wdzięczny Cullenom, że zaopiekowali się jego synem. Jake sam traktował nas jak rodzinę. Bella na zawsze pozostała jego przyjaciółką, z którą jeździł do La Push pogrzebać a autach, Edwarda, Emma i Jazza traktował jak braci, Alice i Rose jak siostry (choć często przekomarzał się z tą drugą), a Esme i Carlisle byli dla niego jak prawdziwi rodzice. Wszyscy tam lubili już Cullenów. Nawet wataha. Jacob teraz był jej alfą. Pakt już nie obowiązywał. Sam Uley, który kiedyś był przewodnikiem stada, postanowił na zawsze pozostać człowiekiem. Zrobił to dla swojej Emily, jego żony, z którą miał dwójkę ślicznych 10 i 11-letnich chłopców.
- Esme go zniszczyła i wybudowała większy… - Widząc moją minę od razu zaoponował. – Oczywiście w „Quellickim stylu”.
- To dobrze. A jakie pokoje przybyły?
- Jeszcze go nie widziałem, ale wiem, że jest większa sypialnia, większa kuchnia połączona z salonem, łazienka i garderoba… - Ostatnie słowo wymówił ze wstrętem. – Jeszcze jeden pokój, w którym nie ma nic.
- Dobrze. A teraz chodźmy na lekcję.
Przesiedzieliśmy w szkole te ostatnie lekcję, umierając z nudów.
Po lekcjach udaliśmy się na parking.
Wróciliśmy do domu z Jacobem. Opowiadał mi historyjki jak byłam mała, jak on był mały, jak ukrywali z Bellą motory przed rodzicami.
Zaparkowaliśmy w garażu.
Jake wysiadł z auta. Pocałował mnie delikatnie, ale z pasią. Ręce oparł miękko ma moich policzkach. Po dobrej minusie oderwał się ode mnie. Spojrzał czule i powiedział:
- Och, jak ja nie chcę Cię zostawiać, ale muszę. Jadę do La Push do taty.
- Pojadę z Tobą – powiedziałam zdyszana.
- Edward kazał mi jechać do La Push porozmawiać z tatą o tym i tamtym.
-Chrzanić. Jadę z Tobą. – Wciąż jeszcze nie otrząsnęłam się po jego pocałunku i chciałam jeszcze.
Jake zaśmiał się cicho.
- To naprawdę ważna sprawa. Każde z nas musi pogadać z ojcem. Znaczy ty będziesz gadała z Bellą.
- W takim razie pocałuj mnie na pożegnanie.
Znów się zaśmiał, ale wpił się swoimi wargami w moje. Obią mnie w tali i głaskał po plecach. Ja, totalnie zatracona w całowaniu, głaskałam go po twarzy szyi, obojczykach.
Oderwaliśmy się od siebie. Jacob wsiadł do swojego auta i odjechał.
- Kochanie, możemy iść od domu? Chcę z Tobą porozmawiać– Mama była mocno spięta, ale starała się to ukryć. - i nie chciałabym, żeby ktoś podsłuchiwał.
Moich uszu dobiegł tubalny śmiech Emmetta..
Bella wywróciła oczami. Obróciła się na pięcie, a ja podążyłam za nią.
Biegłyśmy w szaleńczym tempie po leśnej ściółce, lekko wilgotnej. Dla mnie było to stanowczo za szybko. Dla mamy był to spacerek. Ja, ponieważ byłam pół-wampirem, nie potrafiłam biegać tak szybko, jak przeciętny wampir.
Bella zaśmiała się z mojego ślamazarnego tempa. Zatrzymała się raptownie i… wzięła mnie na ręce!
- Mamo, co ty robisz? – spytałam.
Znów się zaśmiała, odsłaniając cały komplet śnieżnobiałych zębów.
- Nic – mruknęła.
Była taka nieśmiała, ale kochałam ją nad życie. Tatę kochałam równie mocno jak ją.
Po chwili byłyśmy już w domu.
Rozłożyłam się na kanapie w salonie, czekając na to co ma mi do powiedzenia.
- Kurczę, ale głupio mi o tym mówić. Mój tata też mi raz zrobił taki wykład. Czułam się jak bym była w siódmym kręgu piekielnym.
Otworzyłam szeroko oczy. Czyżby miała na zadanie uświadomić mnie?
- Mogłabyś poczytać mi w myślach?
Mama zamknęła oczy i wyglądała na skupioną. Pewnie chciała odciągnąć od siebie tarczę, która ją chroniła przed dodatkowymi umiejętnościami wampirów. Owa tajemnicza cecha bardzo się Belli podobał.
Udało się. Czytałam jej w myślach.
A jednak! Nie pomyliłam się! Chciała mnie uświadomić. Chciała mi powiedzieć na czym to polega.
- Mamo, wiem. Proszę oszczędź mi aż tak dokładnych szczegółów.
Tarcza mojej zawstydzonej mamy wróciła na miejsce.
- Martwię się – wybąkała.
Westchnęłam.
- Ja też mamo, ja też.
Bella otoczyła mnie czule ramieniem.
- Kocham Cię, Renesmee.
- Ja też Cię kocham, mamo.
Siedziałyśmy tak długo.
Mama nagle zesztywniała.
- Edward zaraz tu będzie. Dziś wybieramy się na polowanie. Może pójdziesz nami?
- Jasne.
Dopiero teraz usłyszałam bieg taty. Moje wszystkie zmyły niebyły tak wyostrzone jak u wampirów, ale nie miałam ich takich słabych jak śmiertelnik.
Poszłam z rodzicami na polowanie. Złapałam kilka jeleniowatych jeleniowatych nawet jedną pumę.
Kiedy wróciliśmy do domu, byłam okropnie wyczerpana. Bez chwili namysłu poszłam się położyć. Za nim moja głowa dobrze legła na poduszce, zasnęłam
Nagle uświadomiłam sobie, że jestem na korytarzu. Bardo długim, ciemnym i zimnym. Zaczęłam biec ile sił w nogach, choć nie do końca wiedziałam dlaczego. Zobaczyłam małe czerwone światełko. Serce zabiło mi mocniej. Podbiegłam do ów punktu. Zobaczyłam czarną trumnę. Paliła się na niej tylko jedna czerwona świeczka. Nagle zwróciłam uwagę na srebrną tabliczkę przymocowanej do trumny. Pisało na niej: Jacob Black.